wtorek, 26 listopada 2013

Kamienica

Witam! Właśnie piszę coś nowego zaprezentuję tutaj dwa rozdziały i jestem ciekawy waszych opinii :)

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym właśnie przebywam. Białe ściany oraz turkusowe linoleum na podłodze, a także łóżko, w którym miałem przyjemność leżeć jednoznacznie wskazały mi nazwę tego miejsca – szpital, a konkretnie jedna z jego sal. Chwilę potrwało zanim zorientowałem się, że mam sparaliżowane nogi. Jednak nie były to wszystkie niespodzianki, jakie zaczynałem właśnie odkrywać. Szybko okazało się, że oprócz paraliżu, mam również złamaną prawą nogę oraz rękę. Tak jak kończyny dolne w ogóle mnie nie bolały, tak bark napierdalał mnie z całych sił. Oparłem głowę z powrotem na poduszkę i zastanowiłem się nad swym losem. Do pomieszczenia, poprzez duże okno, które znajdowało się po mojej lewej stronie wpadało jasne światło letniego dnia. O ile dobrze kojarzę jest gdzieś około 15 lipca 2009 roku. Obróciłem wzrok w stronę ‘jasności’ szyb i po krótkim przyzwyczajaniu się ujrzałem w oddali piękne, błękitne niebo. Patrząc w nie poczułem wewnętrzny spokój, coś na kształt ukojenia skołowanych nerwów, a może przebaczenia? Sam nie wiem.
            Zapewne zaczynacie się zastanawiać skąd się tutaj wziąłem, co mi się przytrafiło, że w tak opłakanym stanie znalazłem się w szpitalu i to od razu na oddziale ortopedycznym?
Właściwie ciężko jest mi to w jakiś sensowny sposób wytłumaczyć. Wydarzenia, które poprzedziły ten skądinąd smutny stan rzeczy, są jeszcze bardziej przykre, tudzież nieprzewidywalne. A przynajmniej dla mnie takowe one były.
Jestem trzydziestoletnim mężczyzną, stanu wolnego. Średniej budowy ciała. Nie za chudy, nie za gruby. Trenowałem trochę na siłowni, od czasu do czasu przebiegałem się do lasu, więc tłuszczyku na sobie nie mam. Noszę długie do ramion, proste oraz ciemne włosy. Na twarzy z reguły szkicuję mi się tygodniowy, czarny zarost. Piwnymi oczyma, z długimi jak u kobiety rzęsami często czaruję kobiety, ale nigdy nie byłem i nie jestem jednym z tych ‘tanich’ lowelasów. Pochodzę z bogatej rodziny, chociaż nie sądzę, by była ona w prostej linii następczynią jakiegoś rodu szlacheckiego lub czegoś tam w tym rodzaju. Mój ojciec był, a właściwie jest nadal, wójtem pewnej gminy. Nie będę tutaj przytaczał jej nazwy, gdyż nie jest wam ona do niczego potrzebna. Ważne natomiast jest to, że kilka lat temu, znając plan zagospodarowania terenu – co oczywiście nie powinno nikogo dziwić, biorąc pod uwagę zajmowane przez niego stanowisko – wykupił od tejże gminy potężne połacie ziemi ornej, czy tam gruntu – w tej chwili nazwa jest najmniej istotna –, a następnie przerobił te kilkadziesiąt hektarów nieużytków na ziemię budowlaną. Czekał lat kilka, aż wreszcie pojawił się na tą nieruchomość kupiec. Okazało się wówczas, że podmiotem zainteresowanym odkupieniem od tatusia tych hektarów, jest pewien deweloper, który zaplanował wybudowanie lub postawienie na niej małego osiedla domków jednorodzinnych. Tato mój, z naturalnie dużą ochotą przystał na tą propozycję i w ten o to właśnie sposób z dnia na dzień staliśmy się wręcz obrzydliwie bogatymi ludźmi. Ojciec pomimo skończonej tylko zawodówki i to do tego rolniczej – uh – znał się na prowadzeniu interesu, a także na pomnażaniu pieniędzy – wiecie, taki samorodny talent. Szybko zainwestował tę forsę w kolejne nieruchomości i nim dorosłem, na swoim prywatnym koncie – notabene założonym mi przez rodziców – miałem odłożoną pokaźną sumkę. Tata i mama chcieli, abym się ustatkował czyt. – założył rodzinę, a jeszcze lepiej, wybudował się zaraz tuż obok nich. Ja miałem jednak nieco inne plany. Chciałem zamieszkać w dużym mieście. Nie musiała być to zaraz stolica, ale chociaż miasto, które posiada więcej niż sto tysięcy mieszkańców. Dlatego postanowiłem przenieść się do Poznania. Nie jest to może jakaś wielka tam metropolia, ale na moje wówczas oczekiwania, absolutnie mi wystarczała. Poza tym chciałem zostać autorem erotyków. Tak jestem pisarzem. Między innymi, dlatego żeby mieć ciszę oraz spokój, poprosiłem znajomego agenta nieruchomości o pomoc w znalezieniu mi odpowiedniego mieszkania. Naturalnie na moim koncie nie leżały żadne grube miliony, zatem ów agent miał nieco utrudnione zadanie zwłaszcza, że ja zażyczyłem sobie mieszkania gdzieś blisko centrum, może dworca kolejowego? Poproszony przeze mnie agent spisał się doskonale i znalazł mi odpowiednie lokum.

                                               KWATERA

Niedaleko zbiegu ulic Śniadeckich i Głogowska w Poznaniu znajduje się pięciokondygnacyjna kamienica. Nie wiem dokładnie, z którego była roku, ale sądząc po kremowej elewacji z gdzieniegdzie odpadającym tynkiem, musiała być już dość wiekowa. Patrząc na nią od frontu, brama wjazdowa, a co za tym idzie i wejście znajdowało się mniej więcej w dwóch trzecich jej długości. Po prawej stronie jawiła się macierz złożona z pięciu na cztery okna, a z lewej pięciu na trzy. Zaparkowaliśmy auto obok budynku i poszliśmy zobaczyć mieszkanie. Kiedy stanęliśmy przed obskurną, drewnianą i brązową bramą, w której w jednym ze skrzydeł, znajdowały się małe drzwi wejściowe, agent wyciągnął z kieszeni płaszcza pęk kluczy i rzekł do mnie:
— Ten mały zielony kluczyk służy do otwierania tych właśnie drzwi.
— A całą bramę jak można otworzyć?
— Z tyłu podnosisz taką wajchę do góry i całą roztwierasz na oścież.
— Aha. Lecz rozumiem, że domofon działa?
— Tak. Jest również specjalny kod, którym otwierasz, elektrorygiel, ale w tej chwili nie pamiętam go. Mam to, jak i kilka innych uwag zapisane w dokumentach, które zostawiłem na stole w salonie.
— To tu jest salon?
— Zaraz wszystko tobie pokarzę. — Odparł, po czym wymownym gestem dłoni zaprosił do sieni, puszczając mnie przodem. W środku nawet był dość szeroki korytarz, w którym naprzeciw siebie znajdowały się dwie klatki schodowe. Jedna po lewej druga po prawej stronie. Dalej korytarz szedł prosto, za którym widać było jakiś niewielki placyk.
— A tam, co się znajduje?
— Skromniutki parking, ale raczej wątpię byś mógł tam stawiać swój samochód, chociaż oczywiście go jeszcze nie masz. To jest miejsce dla śmieciarek, gdyż tam również znajduje się śmietnik oraz kolejna klatka schodowa. Kiedyś mieszkała tam służba. Obecnie tylko jedno mieszkanie jest tam użytkowane i to do tego przez ciecia.
— Ok. — Skinąłem głową. — To racz waść poinformować mnie, w którą stronę mam teraz iść?
— Na prawo. — Odparł i poszedł pierwszy. W momencie, w którym przekroczyłem próg tandetnych zgniło zielonkawych podwójnych drzwi, przeszedł mnie dziwny dreszcz. Naprzeciwko nich znajdowało się pierwsze mieszkanie. Agent wszedł na schody, które w lewą stronę pięły się do góry. Stopnie zrobione były z drewna, ale sądząc po ich stanie wizualnym, było to drewno sosnowe. Po środku każdego z nich, zapewne dzięki ich starości, widniały wytarte dziury. Ponad to idąc po nich wydawały z siebie charakterystyczne skrzypienie.
— Rozumiem, że klatka schodowa może nie zachęcać, ale…
— Ale mieszkanie, które mi za chwilę pokarzesz zwali mnie z nóg — przerwałem mu z jawną ironią w głosie, bojąc się o własne życie, gdyż właśnie odkryłem bardzo wątpliwą przyczepność ciężkiej, lecz również drewnianej poręczy.
— Zwali…? — Spytał, ale chyba sam siebie, gdyż ja stojąc tuż za nim ledwie go usłyszałem.
— Na, które piętro idziemy?
— Piąte — odparł.
— Świetnie. — Pomyślałem sobie. Zwłaszcza jak będę wracał pijany do domu. Prędzej na tych stopniach przydarzy mi się coś złego, niż na Wildzie w jakąś ciemną listopadową noc.
            W końcu dotarliśmy do celu. Stanęliśmy na podeście. Drzwi do mojej kwatery znajdowały się na lewo od szczytu schodów. Spojrzałem na agenta, kiedy ten trzymając klucze w dłoni zastygł na moment w bezruchu. Był wysokim mężczyzną o krótko przystrzyżonych włosach. Nosił staromodne okulary i takiego samego też wąsa pod nosem, co mogło dziwić, gdyż młodym był człowiekiem. Posturą przypominał bardziej anemika niż samca alfa, ale jak często się na ten temat wypowiadał – taki jest los zapracowanego agenta nieruchomości. Teraz stał i gapił się swoimi błękitnymi oczami w kilka kluczyków spiętych ze sobą stalowym kółkiem.
— Zasnąłeś? — Spytałem go, gdyż zacząłem się obawiać o jego formę psychiczną.
— Jeżeli ci się nie podoba, to zawsze możemy jeszcze anulować transakcję. Owszem zapłacisz jakieś odszkodowanie, ale damy radę.
— Jak mam tobie powiedzieć, czy mi się cokolwiek podoba czy nie, skoro niczego mi jeszcze nie pokazałeś? Przecież nie będę oceniał tego lokum, po jakości schodów, bo to byłoby tak, jakbym stwierdził smak ryby po kiczowatej etykiecie na puszce.
— Dobrze — odparł, po czym włożył odpowiedni klucz do zamka. Przekręcił go i nacisnął klamkę. Skrzydło drzwi, pod naporem jego dłoni puściło i skrzypiąc przeraźliwie otworzyło się do wewnątrz. — Dokonało się. — Wypalił ni z Gruchy ni z Pietruchy i wszedł do mieszkania.
‘Dokonało się’? — Pomyślałem sobie. A co to niby jest kurwa? Matrix?
— Ej! — Krzyknąłem do niego. — Co ty z tym ‘Dokonało się’ wyjechałeś?
— A nic… — odpowiedział, a po chwili dodał — to taki żart agentów nieruchomości.
— Ha, ha, ha — wyszczerzyłem zęby w uśmiechu — normalnie uśmiałem się do łez.
— Szybko wchodź do środka.
— Już, już.
            Przed moimi oczami ukazał się raczej wąski korytarz, coś tak około półtora metra szerokości. Kiedy jednak wzrok mój przyzwyczaił się do mroku panującego w mieszkaniu, zauważyłem po prawej stronie, duże i jeszcze zamknięte dwuskrzydłowe drzwi. Agent podszedł do nich i chwyciwszy je oburącz, otworzył je. Wówczas do korytarza wpadło więcej światła. Dopiero wtedy dostrzegłem początek jakiegoś większego, a także otwartego pomieszczenia z lewej strony.
— Nie stój tak w progu! — Krzyknął do mnie. — Chodź i zobacz salon. — Zrobiłem, więc to, o co mnie poprosił. Rzeczywiście, salon był konkretny. Dwa okna, które rozdzielała metrowa ściana, za których ku mojemu negatywnemu zaskoczeniu słychać było gwar ulicy, nie mówiąc już tutaj o hałasie przejeżdżających tramwajów.
— Wietrzysz kwadrat, bym czegoś nie poczuł?
— Nie, a dlaczego pytasz?
— Jakby głośno tu.
— Okna są nieszczelne — odparł z jawną bezczelnością w głosie — dobrze byłoby je wymienić, bo tak ciepło przez nie ucieka.
— Żartujesz sobie teraz ze mnie? Wiesz przecież, że ja potrzebuję spokoju do pracy.
— Zaraz żartujesz. Mam idealne miejsce na twój gabinet, zaraz ci go pokażę. A jak salon? Może być? — Rozejrzałem się po rzeczonym pomieszczeniu. Uformowane w kształt prostokąta. Po prawej stała jakaś wyliniała kanapa, która dawno temu, była chyba różowa. Tuż obok niej znajdował się niewielki stolik kawowy, a naprzeciwko ścienny kredens. Z jego boków znajdowały się dwie szafki, zapewne z półkami w środku. Całe wnętrze pokoju pomalowano na zielono. Trochę ciemniejszy niż kolor trawy, a jaśniejszy niż zgniły. Przy lewej ścianie stał jedynie stolik rtv, a na nim spoczywał niewielki 21 cal. telewizorek. Odwróciłem się do tyłu i przyjrzałem się drzwiom. Jak już wspominałem wcześniej, były duże i dwuskrzydłowe. Do połowy szprosów oszklone, sprawiały wrażenie ekskluzywnych, lecz lata swojej świetności dawno już miały za sobą. Biała farba olejna, którą zostały wymalowane, w wielu miejscach była poprzecierana, a w innych znów brudna. Podszedłem do nich, pogłaskałem dłonią i powiedziałem:
— Przydałoby się je odmalować.
— Fakt — odparł agent — ale zwróć uwagę na to, że są wykonane z dębu. Dzisiaj już takich nie kupisz, a nawet, jeśli to za masę pieniędzy. Natomiast te są dziełem staropolskiego rzemiosła. Owszem zgodzę się z tym, że wymagają nieco pracy, ale jeśli się do tego przyłożysz, podciągniesz na zawiasach, podszlifujesz tu i tam to będą wyglądać jak nowe.
— Jak nowe?
— Ok. jak stare acz odświeżone. Za to efektownie będą się prezentować. Dobrze chodź teraz pokażę ci resztę domu. — Powiedział i poszedł do korytarza. Tam włącznikiem powieszonym na ścianie, zaświecił światło. Dopiero wówczas dostrzegłem ogrom pomieszczenia, które znajdowało się naprzeciwko salonu. Obszerny kwadrat z ogromnym, jadalnianym stołem po środku. Wokół niego stało osiem krzeseł. Sam mebel posiadał gruby, drewniany blat, na którym widniała piękna okleina przedstawiająca korzeń orzecha. Blat spoczywał na czterech masywnych nogach, które zostały wyrzeźbione w kształt pnącej winorośli. W podobnym tonie wykonane zostały krzesła, których siedziska obite wytartym gobelinem wołały o pomoc tapicera. To pomieszczenie wymalowano na brązowo. Biorąc pod uwagę fakt, iż jedyne dzienne światło, jakie docierało do tego pokoju pochodziło przez przeszklone drzwi salonu, lub z kuchni, która znajdowała się za następnymi drzwiami, pod warunkiem, że były one otwarte, decyzja poprzedniego właściciela mogła zaskakiwać.
— Na końcu tego wąskiego korytarzyka jest szafa ubraniowa. Naturalnie możesz go z czasem przerobić na garderobę, ale to pieśń przyszłości.
— A tam jest łazienka? — Spytałem, ręką wskazując pełne skrzydło z przybitą do nich mosiężną figurką przedstawiającą młodego chłopczyka siusiającego do nocnika.       
— Tak. — Odparł.
— Pokażesz mi ją?
— Naturalnie — odparł, po czym podszedł do drzwi. Jednak, kiedy przybliżył się do nich, zauważyłem, że dłonie trzęsą mu się jak jakiemuś staremu pijakowi. Gdy zacisnął wreszcie swoja rozdygotaną rękę na klamce, dostrzegłem jego zamknięte oczy. Co mnie dodatkowo, że tak powiem zamurowało to fakt, iż nie wiem czy rzeczywiście, ale odniosłem wrażenie, że agent mamrocze pod nosem „Ojcze nasz”.
— ‘Czy on zgłupiał?’ — Pomyślałem sobie. „Ojcze nasz” przed wejściem do łazienki? — Albo jest tam tak katastrofalnie brzydko albo cudownie.
            W końcu je otworzył, ale do środka nie wszedł. Wskazał mi jedynie ręką i rzekł:
— Proszę… zerknij sobie.
— Ty nie wchodzisz?
— Już tam byłem. Nie ma, o czym gadać.
— Kurwa, jak w całym mieszkaniu. Ukrywasz coś przede mną?
— Nie! — Zaprzeczył gwałtownie. — Lecz chcę iść do kuchni.
— W celu?
— A wiesz, pić mi się jakoś nagle zachciało. — Odparł i poszedł sobie. Wydało mi się to lekko dziwne, ale znalem go nie od dzisiaj i szczerze mówiąc, nie zdziwiło mnie to aż tak bardzo. Wszedłem, więc do łazienki. Na wprost mnie stała obudowana małymi, białymi płytkami żeliwna wanna. Wymiary kafelków, którymi została obłożona to dziesięć na dziesięć centymetrów. Emalia na nich pościerała się już w kilku miejscach, odsłaniając beżowy kolor fajansu. Na podłodze ułożona była mozaika złożona z malutkich płytek – takich 2,5 x 2,5 centymetra. Także i one wołały o wymianę. Jednakowoż im dłużej się im przypatrywałem, tym bardziej chciałem je zachować. Skrzydło otwierało się do wewnątrz na prawą stronę. Po lewej, tuż nad wanną wisiało na ścianie dość spore lustro, w którym odbijało się metrowej szerokości okno. Wszedłem głębiej i ręką zamknąłem drzwi. Obróciłem się w stronę okna. Niewielka umywalka przymocowana była do ściany, a powyżej średniej wielkości lustro wraz ze szklaną półeczką oraz stalowym drucikiem, za którym stał szklany kubek, zapewne na szczoteczkę do zębów. ‘Małe to pomieszczenie’ – Pomyślałem sobie, po czym odwróciłem się, chcąc wyjść z łazienki. Gdy już prawie wychodziłem, rzuciłem okiem na lustro nad wanną. Wtedy aż podskoczyłem do góry, gdyż – dam sobie rękę obciąć – zauważyłem białą halkę spadającą z okna tuż za moimi plecami. Nie była jednak to sama bluza, ponieważ – i tutaj już taki pewny nie byłem – wydało mi się również, że pośród niej dostrzegłem nagie stopy. Natychmiast obejrzałem się do tyłu i spojrzałem w stronę szyby. Wówczas przeszły mnie ciarki. W pofalowanym szkle ujrzałem przymgloną poświatę czyjejś twarzy. Długie włosy oraz ciemne spojrzenie. Mimo dreszczy, oraz strachu postanowiłem podejść i przyjrzeć się temu bliżej. Na szczęście, ku mojemu wielkiemu uradowaniu, zorientowałem się, że to jest moje własne odbicie.
— Idiota — powiedziałem do siebie — przecież ty masz na sobie białą koszulę.
— Marek! — Krzyknąłem — gdzie jesteś?
— W kuchni. Gotuję wodę na kawę.
— Mam tu kawę? — Spytałem z niedowierzaniem wchodząc jednocześnie do pomieszczenia.
— Znalazłem w szafce metalową puszkę.
— Zwariowałeś? Ta kawa może mieć ze sto lat!
— Nie histeryzuj. Sam powąchaj — rzekł podając mi otwartą puszkę do powąchania. Muszę przyznać, że faktycznie pachniała znakomicie.
            To pomieszczenie nie było już tak duże jak salon, ale większe od łazienki. Szerokie na cztery metry, długie na trzy. Z lewej strony znajdowało się okno, a pod nim zlewozmywak, który jak wszystko w tym mieszkaniu, był stary i zniszczony. Emalia, którą był pokryty wytarła się w kilku miejscach, zwłaszcza w tych, gdzie najczęściej ocierasz się o niego spodniami, zmywając naczynia. Obok stała kuchenka – o dziwo – elektryczna! Dalej znajdowały się meble. W całej kuchni przy ścianach poustawiane zostały jednopiętrowe szafki, na których oparto drewniany blat pokryty grubą warstwą olejnej farby. Po środku pomieszczenia stał stolik z czterema stołkami. Ten mebel był już totalną tandetą, którą szkoda nawet opisywać. Nagle, przybrudzony czajnik dźwiękiem swojego gwizdka obwieścił nam, że woda w nim umieszczona doszła do stanu wżenia. Marek podszedł do kuchenki, wyłączył palnik, a następnie zalał nam kawę. Kiedy zmielone ziarna zaczęły nasiąkać wodą, agent spojrzał na mnie i powiedział:
— Pokazać ci twój gabinet?
— Naturalnie — odparłem przyglądając się fusom, które wraz z upływającym czasem, zaczęły masowo spadać na samo dno szklanego naczynia.           
— Proszę, oto on — powiedział otwierając przede mną jakieś malutkie drzwiczki, do równie małego pomieszczenia. Nie mogąc uwierzyć własnym oczom podszedłem bliżej, by móc dokładniej przyjrzeć się tej wulgarnie bezczelnej propozycji. Za niewielkim skrzydłem skrywała się mikroskopijna spiżarnia, która była chyba nawet mniejsza od niektórych dostępnych na rynku lodówko-zamrażarek.
— Marek no proszę cię. Nie rób sobie jaj.
— Hi, hi, hi — zaczął się śmiać. — Wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać. Rozumiem, że potrzebujesz spokoju, ale na dzisiaj nic nie wymyślę. Na razie będziesz pisał w kuchni lub w tym dużym pokoju. A jak przyjdzie wiosna, to wymienimy ci okna i będziesz miał spokój. Uwierz mi wiem, co mówię. Byłem to sprawdzić w kwaterze piętro niżej.
— A tamtego nie mogłem kupić?
— Nie stać cię. Tamto jest odrobione. Wszędzie wymienione podłogi, kafelki oraz odmalowane ściany.
— A cena?
— Prawie jeszcze raz taka. Zatem biorąc to wszystko pod uwagę, uważam, że zrobiłeś dobry interes. Ze spokojem wyremontujesz sobie to mieszkanko, zaczynając od najpilniejszych potrzeb.
— Może masz rację — rzekłem upijając przy tym odrobinę gorącej kawy — zacznę od łazienki.
— Nie! Nie wolno ci jej tykać! — Tak gwałtownie krzyknął na mnie, że aż podskoczyłem na krześle.
— Jezu, chłopie! Odbiło ci czy co? Czego tak wrzeszczysz? Nie widzisz, że siedzę tuż obok?
— Przepraszam.
— Spójrz kurwa! Kawą się ochlapałem! — Krzyknąłem widząc beżowe plamy na mojej ekskluzywnej koszuli. — Dlaczego niby nie mogę tykać łazienki?
— Ponieważ, jak już mówiłem ci wcześniej, kamienica ta jest uznana za zabytek i podlega pod jurysdykcję konserwatora zabytków. Łazienka w twoim mieszkaniu ostała się, jako ostatnia w nienaruszonym stanie. Dlatego nie dostaniesz zgody na jej przebudowę lub rozbiórkę.
— To co mogę w niej zrobić?
— Wyczyścić.
— Buhahaha — w pierwszym momencie się zaśmiałem, ale zaobserwowawszy grymas, jaki namalował się na obliczu Marka, zrozumiałem, że był on daleki od żartu. — Ale jak jakieś płytki będą uszkodzone to mogę je wymienić?
— Oczywiście, że nie. — Odparł. — Lecz nie martw się, dam ci numer telefonu do super specjalisty, który specjalizuje się w uzupełnianiu różnego rodzaju ubytków. Jednak z tego, co pamiętam, nie ma w niej jakiś większych uszkodzeń. Kup po prostu trochę chemii gospodarczej i doprowadź ją do stanu używalności. Dobrze to ja wskoczę teraz do salonu po moją teczkę z dokumentami. — Powiedział do mnie, po czym odsunął taboret do tyłu i wstał. Kiedy agent wyszedł z kuchni podniosłem kubek z kawą do góry i przytknąwszy jego rant do ust przechyliłem go lekko, by wypić do końca pozostały w nim czarny napój. Stawiając porcelanowe naczynie na zniszczonym stoliku, który ktoś przykrył prastarą ceratą, mój wzrok padł na przedziwną – przynajmniej jak dla mnie – baterię, która wystawała znad zlewu.
Szeroka przy nasadzie zwężała się stożkiem ku górze. Tuż przy jego końcu znajdowało się mieszadło wody ciepłej i zimnej uformowanej w kształt walca, którego dwie trzecie długości wystawało poza pionową linię całości, na końcu, którego przymocowana została szersza rozeta wraz z metalowo porcelanowym prętem. Gdzieś tak trzy centymetry powyżej mieszalnika, wylewka zwężała się do średnicy normalnej pół calowej rurki, która pięła się w górę jeszcze jakieś dwadzieścia parę centymetrów. Na samej górze był czwórnik, w którym pionowa rurka spotykała się z taką samą, ale poziomą. Razem stanowiły kształt litery „L”. Pozioma część, była krótsza od pionowej, a do tego jej koniec zawijał się w haczyk, by finalnie móc kierować wodę z powrotem do zlewu. Prostopadłą do zlewu część wylewki, jak sądzę dla poprawienia estetyki kranu, ozdobiono trzema pierścieniami. Również sam czwórnik obok funkcji połączenia dwóch prostopadłych do siebie elementów pełnił rolę estetyczną, ponieważ końce obydwóch rurek, które się w nim spotykały miały swoje zaślepione przedłużenia tuż poza nim. Dzięki temu, patrząc na ten kran miało się wrażenie, że dwie części wylewki nie tyle się ze sobą stykają, co krzyżują. Oczywiście cała bateria wykonana została z mosiądzu, który jednakowoż lata swojej świetności miał już dawno za sobą. Na szczęście znałem pewien, niezawodny sposób na wyczyszczenie nawet bardzo mocno zaśniedziałego mosiądzu. Natomiast humor, a także widok estetyczny psuł mi żeliwny zlew, który jak już wspominałem wcześniej w kilku miejscach był powycierany. Nim jednak zdążyłem się nad nim głębiej zastanowić, do kuchni wrócił Marek. Usiadł naprzeciw mnie, na przybrudzonej ceracie położył czarną opasłą teczkę i rzekł:
— Mam tu dla ciebie akt notarialny, który oczywiście wymaga twojego podpisu, by transakcja zakupu mieszkania stała się wiążącym obie strony, stanem prawnym.
— A właśnie — zacząłem — dlaczego nie ma tu poprzedniego właściciela?
— Nie chciał przyjechać — odparł. — Stwierdził, że skoro ja się już tym zająłem – między innymi biorąc za to swoją prowizję – jego obecność jest tutaj zbędna. Jakiś dziwak z niego, ale to już starszy człowiek, dlatego nie nalegałem za bardzo. Chyba nie przeszkadza ci to jakoś szczególnie?
— Właściwie to nie, ale wiesz zawsze lepiej kupować od właściciela.
— Boisz się, że nie mówię ci całej prawdy?
— A ukrywasz coś przede mną? — Spytałem patrząc mu przenikliwie w oczy. Agent z pozoru nie spuścił wzroku, ale w rzeczywistości gapił mi się na brodę. Pomimo tego z kamienną twarzą odparł:
— Niczego przed tobą nie ukrywam. Z mieszkaniem jest wszystko w porządku. Nie jest obciążone hipoteką, rury nie przeciekają, a grzyba nawet w najciemniejszych zakamarkach nie znajdziesz. Owszem, remont na pewno się mu przyda, ale nie jest niezbędny, a to chyba istotne dla kogoś, kto nie cierpi na nadmiar gotówki?
Zamilkłem na chwilę, zastanawiając się nad jego słowami. Może rzeczywiście odrobinę przesadzam? Na cholerę mi poprzedni właściciel, skoro nad kupnem tej kwatery pieczę sprawuje mój kolega.
— Ok masz rację głupio się zachowałem. Daj te papierki, podpiszę je i zacznę się cieszyć z zakupu.
— Jarku — rzekł do mnie — to nie są jakieś tam papierki, tylko akt notarialny! Musisz go podpisać i schować w bezpiecznym miejscu, ponieważ to jest dowód na to, że od teraz to ty jesteś właścicielem tego lokum.
— Spokojnie — podniosłem wyprostowaną dłoń do góry w geście indiańskiego pozdrowienia, co u nas znaczyło, by lekko przyhamował — nie ekscytuj się tak. Podpiszę, a kopię …
— Oryginał — przerwał mi.
— Oczywiście — przytaknąłem — oryginał zawiozę zaraz do mojej skrytki bankowej.
— Masz taką? — Spytał zdziwiony.
— Nie no, żartuję sobie z ciebie — uśmiechnąłem się do niego, odsłaniając przy tym białe zęby — nie mam, ale za to obiecuję schować go do szuflady. Akt ten będę trzymał w teczce z napisem ‘ważne’.
— Dobrze — skinął głową, po czym podał mi je do podpisania. Gdy na obydwu dokumentach złożyłem już swój autograf, Marek zabrał kopię i schował ją do swej teczki. — Tutaj masz numer kodu do otwierania dolnych drzwi — rzekł podając mi kartkę ‘przylepkę’. Na niej widniał kod ‘#666#’.
— Ten kod to chyba jakiś niesmaczny żart?
— Dlaczego? — Spytał i spojrzał na zapisany kawałek żółtego papieru. — Ej! Źle go trzymasz, obróć górą do dołu.
— Czyli nie trzy szóstki, a trzy dziewiątki?
— Naprawdę sądziłeś, że ktoś użyłby symbolu diabła, jako kodu do otwierania drzwi?
— Różne są zboczenia na tym świecie.
— Dobrze — uśmiechnął się i zamknął teczkę. — Z mojej strony to wszystko. Tu masz klucze — powiedział i położył je na stole. — Ja już będę spadał, gdyż muszę obejrzeć jeszcze jeden dom, a później jestem umówiony z pewną laską na wypad do kina.
— Do kina czy na film?
— A to jest jakaś różnica?
— Do kina idziesz, jak zamiast na filmie chcesz się skupić na obmacywaniu dziewczyny, a na film jak no wiesz… zainteresuje cię opowieść reżysera.
— Te erotyki, które piszesz już na mózg ci padają — rzekł obruszony. — Wszędzie tylko widzisz podteksty seksualne.
— Ok. przepraszam — rzekłem — życzę ci udanego wieczoru.
— Tobie również. — Odparł i skierował się do wyjścia. Gdy otworzył drzwi, odwrócił się w moją stronę i zapytał:
— Dzisiaj jeszcze się wprowadzisz?  
— Raczej nie. Najpierw chciałem się rozejrzeć i zobaczyć, co jest do zrobienia. Z pewnością zdrapię z drzwi tą obrzydliwą białą farbę. Te między salonem a dużym pokojem oszlifuję i pomaluję bejcą. To samo zrobię z drzwiami od łazienki, ale w tym przypadku tylko od zewnętrznej strony, środek zostawię biały, co najwyżej umyję go lub ewentualnie przemaluję, skoro już nie mogę jej ruszać.
— Nawet pomysłowe — Marek skinął twierdząco głową — jeżeli pomalujesz je bejcą w kolorze ‘Złoty dąb’ będą lepiej pasować do brązowej barwy ścian.
— Tak właśnie sądzę. Lecz i tak pierw muszę pojechać do domu po walizkę oraz kilka atrybutów potrzebnych mi do pierwszej fazy remontu. Na pierwszy ogień pójdzie łazienka. Zobaczymy, co uda mi się osiągnąć, kiedy ją porządnie wyszoruję? Która to jest godzina? — Spojrzałem na swój zegarek. Był to automat marki Atlantic. Miał złotą kopertę oraz tarczę, a pozłacane wskazówki wskazywały kwadrans po południu. W miejscu godziny trzeciej znajdowało się niewielkie okienko, w którym pokazany był aktualny dzień miesiąca, jego wadą było to, że trzeba było ją dostosowywać do krótszych miesięcy. — Jest piętnaście po dwunastej. Wyjdę z tobą i pojadę do domu.
— Chętnie bym cię podrzucił, ale i tak już jestem spóźniony.
— Poradzę sobie. Poczekaj wezmę tylko klucze.
Kiedy wróciłem Marek już czekał na zewnątrz. Zamknąłem drzwi na klucz i zeszliśmy schodami na parter.



                                                                SEN

            Do kamienicy wróciłem około godziny czwartej po południu. Podjechałem na miejsce taksówką, gdyż skorzystanie z komunikacji miejskiej tachając ze sobą sporych gabarytów walizkę jakoś nie za bardzo mi się uśmiechało. Zapłaciłem za transport, po czym wysiadłem z auta. Taksówkarz był na tyle miłym usługodawcą, że pomógł mi wytargać moją ciężką walizkę ze swojego bagażnika. Niestety w zaniesieniu jej na piąte piętro do mojego mieszkanka pomóc już mi nie chciał, nawet za dodatkową opłatą.
Po upływie jakiś dziesięciu minut, zmęczony i zdyszany stanąłem przed drzwiami wejściowymi i po chwili namysłu otworzyłem je. Następnie wszedłem do mieszkania i skierowałem się do salonu. Walizkę położyłem na różowej sofie i otworzyłem ją. Ze środka wyciągnąłem opalarkę, oraz laptopa, który służył mi do pisania. Wyciągnąłem również specjalne drapaczki do zdrapywania farby. Miałem także kwasek cytrynowy oraz waciki do demakijażu.
Zapewne zaraz zapytacie, po, co?
Otóż według mnie jest to najlepszy sposób do wyczyszczenia mosiężnych kranów. Kwasek cytrynowy czyści z kamienia oraz z rdzy. Tak! Mosiądz również rdzewieje, podobnie do miedzi (efekt śniedzenia). Najlepiej wyczyścić go kwaskiem cytrynowym i wacikiem lub watą. Następnie przebrałem się w brudne rzeczy i poszedłem do łazienki. Kiedy wszedłem do środka skierowałem się do wanny, nad którą ze ściany wystawał mosiężny kran, a trochę wyżej tuż nad nim przymocowana była rozeta, na której powieszona została słuchawka. Całość wykonana z wyżej wymienionego metalu z tym, że bardzo zaśniedziałego. Pokrętła kranu wiszącego nad wanną wyglądem przypominały słoneczka rysowane przez dzieci w przedszkolu. Duże kółko z prostymi, odchodzącymi kreskami, które mają symbolizować promienie. W tym wypadku kółko po środku było mniejsze, a liczba ‘promieni’ wynosiła dokładnie cztery. Obydwa pokrętła połączono wąskim prostopadłościanem. Do niego – od dołu – nakrętką przykręcono gumowy wąż zamknięty w mosiężnej spiralnej obudowie, za pomocą, którego doprowadzana była woda do słuchawki. Wszedłem do wanny, namoczyłem kwaskiem cytrynowym wacik i zacząłem czyścić baterię. Jest to bardzo skuteczna metoda, aczkolwiek i ogromnie pracochłonna. Nie mniej, gdy mosiądz zaczynał odzyskiwać swoją naturalną barwę, wstępowały we mnie nowe siły. W końcu, po upływie jakiś trzydziestu minut, kran oraz słuchawka lśniły jasnym złotawym blaskiem. Wówczas nadszedł czas na czyszczenie płytek. Do tego celu użyłem innego specyfiku, który w pierwszej chwili może wydać się wam najmniej odpowiednim. Rozcieńczyłem półlitrową butelkę octu w dwóch litrach wody i rozpocząłem szorowanie. Na pierwszy, że tak powiem ogień poszły ściany. Ścierką z micro fibry zamoczoną w roztworze tarłem kafelki zmywając z nich zaschnięty tłuszcz i bród. Dopiero wówczas zauważyłem, że przy styku ścian z sufitem ciągnął się ozdobny pasek węższych płytek. Wzór, który wydobyłem spod kurzu przypominał mi położoną winorośl. Być może był to zwykły motyw roślinny, a może coś więcej, lecz niestety ja ze swoim absolutnym brakiem wiedzy w tym zakresie nie potrafiłem tego właściwie ocenić. Nie mniej, im więcej pomieszczenia było wymyte, tym bardziej rozumiałem, dlaczego konserwator zabytków nie chciał się zgodzić – pod pretekstem remontu – na zdewastowanie jej. Cokół, który biegł na około łazienki, był w całości nienaruszony. Podobnie rzecz miała się z barwą kafelków, które dopiero po tym gruntownym oczyszczeniu pokazały się w swym prawdziwym świetle.
Do wyczyszczenia pozostał mi jeszcze zlew. Z tej niewielkiej umywalki wystawał także nieduży kranik. Malutka wylewka sięgająca ledwie za rant na szczęście była wygięta w tak delikatny łuk, że woda leciała na sam jej środek. Pokrętła były takie same jak te w baterii nad wanną, co sugerowało mi, że razem stanowiły one komplet. Wyczyszczenie jej zajęło mi już nieco mniej czasu. Kiedy wreszcie skończyłem spojrzałem na zegarek. Była za dziesięć szósta. Postanowiłem wziąć sobie gorącą kąpiel, by w spokoju się zrelaksować. Wróciłem, zatem z powrotem do salonu i ściągnąłem z siebie prawie całe ubranie, zostawiając na sobie jedynie majtki. Następnie zarzuciłem na ramiona biały szlafrok. W prawą dłoń chwyciłem butelkę koniaku, a w lewą skórzaną saszetkę, w której miałem pochowane swoje przyrządy kosmetyczne – w tym brzytwę, pędzel do golenia i szczoteczkę do zębów. Poszedłem do łazienki. Skórzane etui położyłem na szklanej półce tuż obok lustra nad zlewem, a butelkę koniaku zaraz koło wanny. Na całe szczęście korek do zatykania odpływu wisiał na łańcuszku przymocowanym do otworu przelewowego. Zdziwiło mnie trochę to, że bateria ta nie posiadała osobnej wylewki służącej do napełniania tegoż żeliwnego, że tak powiem –pojemnika – ale korzystając z załączonej słuchawki też powinienem sobie poradzić. Odkręciłem kurki i dostosowałem temperaturę wody do swoich upodobań. Następnie cofnąłem się jeszcze do salonu, gdyż zapomniałem zabrać ze sobą płyn do kąpieli. Wróciwszy do łazienki wlałem go odrobinę do wody. Zakręciłem plastykową butelkę i odstawiłem ją na parapecie, po czym usiadłem we wannie, opierając plecy o jeden z jej brzegów.
W lewą dłoń chwyciłem szklany pojemnik wypełniony prawie w całości pysznym alkoholem i przytknąwszy grzbiet szyjki do ust, zrobiłem kilka porządnych łyków. Zaskoczyło mnie również ciśnienie w kranie, ponieważ wypełnienie wanny wodą w satysfakcjonującej mnie ilości zajęło dosłownie parę minut. Wówczas wstałem, zakręciłem kurki i odwiesiłem słuchawkę na swoje miejsce. Usiadłem z powrotem, zrobiłem jeszcze kolejne dwa łyki koniaku, po czym postawiłem butelkę na podłodze. Kładąc ręce na rantach wanny, opierając głowę o tylną ściankę emaliowanego żeliwa, zamknąłem oczy chcąc po delektować się gorącą kąpielą. Wokół mnie rozchodził się przyjemny zapach ‘męskiego’ kosmetyku, a zmęczone ciało otaczały gęste ‘chmury’ białej piany.
            Nagle, do moich uszu doszedł delikatny acz charakterystyczny szmer skrzypiącej drewnianej podłogi. Zupełnie tak, jakby ktoś chodził po mieszkaniu. Najpierw dźwięk pojawił się tuż przy drzwiach wejściowych, by wraz z upływającym czasem przesuwać się wzdłuż korytarza, aż do wysokości salonu. Nastawiłem ucha, chcąc się zorientować, czy mam jakieś omamy słuchowe, czy faktycznie ktoś chodził po moim apartamencie? Niestety ów szmer był tak cichy, że aż niemożliwym się wydawało, by pochodził on z mojej kwatery. Przypominał trochę subtelny szum liści poruszanych wiosennym wietrzykiem. Niby go nie słychać, a za razem masz wrażenie, że świdruje cię na wskroś.
Przystanął gdzieś w dużym pokoju. Wówczas pomyślałem sobie, że najprawdopodobniej dobiegał on do mnie z piętra niżej, ponieważ gdyby to po moim lokum jakiś człowiek spacerował, słyszałbym go coraz głośniej.
— Dziwne echo się tu niesie — powiedziałem do samego siebie i sięgnąłem po flaszkę. Przechyliłem butelkę i upiłem trochę koniaku. Odstawiając ją z powrotem na podłogę, zerknąłem w stronę drzwi. — Dałbym sobie ściąć głowę, że je zamykałem. — Pomyślałem, gdy dostrzegłem wąską szparę uchylonego skrzydła.
Raptem czarny obraz luki zakłóciło białe mignięcie, jakiegoś bliżej nieokreślonego kształtu, który mógł jednak przypominać szczupłą ludzką postać. Usiadłem zszokowany.
— Halo! Jest tam, kto?! — Zawołałem. Na szczęście nikt mi nie odpowiedział. — Zaczynasz wariować. — Rzekłem do siebie i oparłem z powrotem głowę o brzeg wanny. Zamknąłem oczy, chcąc tak naprawdę się wreszcie od stresować.
Leżałem sobie w ciepłej wodzie, pozwalając wygrzać się swoim trzydziestoletnim kościom. Nie dobiegał już do mnie dźwięk drewnianej, skrzypiącej podłogi, a ni również żaden inny. Zapanowała absolutna cisza, jakby ktoś całkowicie wyłączył głos. Szczerze mówiąc zastanowiło mnie to, że tak nagle przestały dochodzić do mnie jakiekolwiek odgłosy ulicy. Dziwne było również to, że z reguły w takiej sytuacji słychać w uszach specyficzny pisk, a tu nic takiego nie miało miejsca. Wrażenie miałem takie jakbym zwyczajnie i zupełnie znienacka raptownie ogłuchł. Zastanowiwszy się jednak nad tym nieco głębiej, doszedłem do wniosku, że to nawet lepiej, ponieważ nikt oraz nic mi teraz nie przeszkodzi w relaksie.
Ułożyłem się, zatem wygodniej, odetchnąłem głęboko i poczułem nagły powiew chłodnego, by nie powiedzieć ‘mroźnego’ powietrza.
— Co jest do jasnej cholery? — Pomyślałem sobie, po czym otworzyłem oczy.
            W otwartych do konta prostego drzwiach ujrzałem młodą kobietę o czarnych oraz długich włosach. Ubrana jedynie w białą, prześwitującą halkę, spod której widać było niewielkich rozmiarów, jasne piersi wraz z brązowymi sutkami i sterczącymi brodawkami. Po niżej pępka jawił się gęsty trójkąt czarnych loczków. Cerę na twarzy miała bladą, chociaż nie wiem, czy nie lepiej byłoby powiedzieć – białą – na tle, której czarne brwi oraz rzęsy na powiekach, a także piwne oczy, nadawały jej demonicznego poniekąd wyglądu. Ręce trzymała spuszczone wzdłuż tułowia, zaciskając przy tym swe kościste dłonie w pięści. Jej usta były trupio jasne, jakby całkowicie pozbawione ukrwienia. Stała tak i patrzyła się na mnie, a ja nie wiedziałem jak mam się wówczas zachować? Czy mam zacząć krzyczeć? Czy zwyczajnie i grzecznie zapytać się, kim ona jest i czego ewentualnie potrzebuje? Niestety pomimo szczerych chęci nie mogłem się do niej odezwać. Siedziałem we wannie jak zahipnotyzowany. W pewnym momencie, po upływie kilkudziesięciu sekund, może minuty tudzież dwóch, dziewczyna przypłynęła do mnie!
Tak!
Nie przesłyszeliście się. Dziewczyna pokonała całą drogę dzielącą mnie od drzwi, nie ruszywszy nawet nogą. Sunęła po płytkach tak, jakby nie chodziła po podłodze tylko stała na jakimś pasie transmisyjnym. Gdy już do mnie dotarła, przystanęła na chwilę. Na wysokości moich oczu znajdował się jej pępek. Jednak po mimo jej bliskości, w ogóle nie było czuć zapachu jej ciała. W tamtym momencie pytanie o jej materializm nasuwało się same. Podniosłem głowę do góry i spojrzałem na jej twarz. Z początku wydawała się normalna, nie biorąc pod uwagę faktu, że skierowana była swym obliczem w stronę ściany, która znajdowała się z mojej prawej strony. Nagle na swym lewym ramieniu poczułem zimny dotyk jej szponiastej dłoni, która notabene zacisnęła się na nim dość mocno. Następnie pchnęła mnie do tyłu, aż oparłem się plecami o wannę. Wtedy pochyliła się nade mną i spojrzała mi w oczy. Patrzyłem na nią z coraz bardziej rosnącym przerażeniem, lecz gdy jej prawy policzek zaczął gwałtownie zmieniać swoją barwę z bladej poprzez krwistą aż po ciemno granatową, a jej oko całe naszło krwią to nie wytrzymałem już napięcia. Niektórzy z was zna zapewne to uczucie strachu, które jest na tyle silne, że aż paraliżujące, kiedy nieznana i nie do okiełznania zarazem siła wykręca wam trzewia i zaciska swe zimne palce na waszym sercu. Właśnie to dopadło mnie w tamtej chwili. Otwarłem usta chcąc krzyknąć, lub chociażby wezwać pomoc, ale nie mogłem wydobyć z siebie słowa. Kobieta widząc moje nieudolne próby, wyprostowała się i wykazując nadludzką wręcz siłę, uniosła mnie do góry. Trzymając mnie za ramię jedną ręką drugą dotknęła mej twarzy. Zadziwiający był ten rozdźwięk. Z jednej strony miażdżyła mi bark, a z drugiej swą delikatnością wzbudzała pozytywne emocje. Nie wiedziałem jak mam ją w tamtej chwili zrozumieć. Trzymała mnie w powietrzu na tyle wysoko, bym nie siedział, a jednocześnie na tyle nisko, bym ślizgając się stopami po dnie wanny nie mógł dla nich znaleźć żadnego oparcia. Postanowiłem, więc że nie zależnie od tego, czy byłem dżentelmenem czy też nie, przyłożę jej w twarz, może wówczas zyskałbym, choć mentalną przewagę? Jak pomyślałem tak i zrobiłem. Dopiero wtenczas, gdy moje zaciśnięte w pięści ręce przeleciały przez jej obraz nie wyrządzając dziewczynie najmniejszej krzywdy zrozumiałem, z kim mam do czynienia. W tamtym wszelako momencie znalazłem w sobie na tyle wystarczającej siły by krzyknąć:
— Ratunku! Na pomoc!

            Zerwałem się, gwałtownie siadając. Moje wychłodzone ciało otaczała jeszcze zimniejsza woda. Przerażonym wzrokiem rozglądałem się po pomieszczeniu, energicznie kręcąc głową na wszystkie strony. Piany w wannie już nie było. Na lustrze, jakie znajdowało się tuż przede mną, a które zaraz po napuszczeniu gorącej wody całe zaparowało pozostał jedynie piaskowy osad, który notabene świadczył, o jakości miejskiej oczyszczalni.
Co ciekawe, drzwi od łazienki były zamknięte. Przetarłem twarz dłonią.
— ‘Jezu cóż to był za sen?’ — Pomyślałem sobie. — ‘Dobrze, że to mi się nie przydarzyło na prawdę’. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. — ‘Ktoś mnie tu namierzył?’ — Zastanowiłem się, po czym wstałem i wyszedłem z żeliwnej kadzi. Po chwili ponownie rozległ się dźwięk dzwonka.
— Momencik, biorę kąpiel! — Krzyknąłem. — Zaraz otworzę. Szybko zarzuciłem na siebie szlafrok, przewiązałem go w pasie i wkładając plastykowe klapki na nogi wyszedłem z pomieszczenia, naturalnie zabierając ze sobą butelkę koniaku, w której zostało jeszcze odrobinę alkoholu. Postawiłem ją na stole w pokoju i skierowałem się w stronę korytarza. Wiszącym na ścianie włącznikiem zapaliłem światło i podszedłem do drzwi. Były one podwójne i chyba przedwojenne. Pomalowane na brązowo. Podział ich był niesymetryczny. Węższa część znajdowała się z mojej prawej strony, patrząc od wewnątrz mieszkania. Szersza była skrzydłem głównym, zamykającym całość, w którym mniej więcej na wysokości półtora metra zamontowano sporej średnicy wizjer. Przysunąłem do niego prawy policzek i zerknąwszy przez niego wyjrzałem na klatkę schodową. Tuż za nimi stał niewysoki starszy mężczyzna z szeroką łysiną na głowie oraz długim siwym wąsem. Na lekko pulchnym i skądinąd czerwonym nosie nosił grube szkła osadzonych w czarnych i szerokich oprawkach.
Ubrany w czerwonawy, ale też wyblaknięty sweter, spod którego zdaję się wystawał mu kołnierzyk błękitnej koszuli. Ciemne spodnie z tandetnego materiału, które były pewnie kiedyś ważną częścią eleganckiego garnituru. Na nogach zamiast butów miał założone skórzane góralskie klapki, lecz także i one z pewnością pamiętały już lepsze czasy. Przekręciłem gałkę od zamka i nacisnąłem klamkę. Drzwi otworzyły się. Facet spojrzał na mnie i spytał:
— Wszystko z panem w porządku?
— A dlaczego pan pyta? — Odparłem pytaniem na pytanie.
— Jestem sąsiadem z naprzeciwka i chwilę temu usłyszałem jak pan woła o pomoc. — Rzekł, bacznie mi się przy tym przyglądając. ‘Czyżbym krzyczał przez sen, czy ta moja wątpliwej przyjemności przygoda zdarzyła się naprawdę?’ — Zastanowiłem się. Przyznam się szczerze, że zaskoczył mnie.
— Wie pan co? — Powiedziałem. — Przydarzyło mi się przed momentem coś zaskakującego … — zamilkłem na kilka sekund, spuszczając wzrok. — Ma pan teraz wolną chwilę? — Zadałem niespodziewane pytanie, spojrzawszy jednocześnie w jego brązowe oczy, schowane za grubym szkłem.
— Mam.
— W takim razie zapraszam na kieliszek koniaku — rzekłem otwierając szerzej drzwi, zapraszając go w ten sposób do wejścia. Starszy mężczyzna skorzystał z mojego zaproszenia i wszedł do środka. Poszedłem do dużego pokoju, zapalając po drodze w nim światło.
— Proszę, niech pan sobie usiądzie — powiedziałem dłonią wskazując pierwsze z brzegu krzesło. — Ja wskoczę tylko do kuchni po jakieś kieliszki. Nie czekając na odpowiedź, znikłem za drzwiami. Mimo moich usilnych poszukiwań, nie znalazłem żadnych takowych. Na szczęście w szafce obok zlewu namierzyłem dwie literatki. Opłukałem je z kurzu pod bieżącą wodą, a następnie wytarłem je w białą, bawełnianą ścierkę, którą znalazłem w tym samym miejscu, co szklanki. Wróciłem do swojego, niespodziewanego gościa i postawiłem przed nim jedno naczynie, a drugie obok siebie. Następnie nalałem nam po solidnej porcji alkoholu, rozlewając przy okazji do końca całą zawartość butelki, która w niej została. Usiadłem naprzeciw niego i rzekłem:
— To na zdrowie. — Mężczyzna nie odpowiedział mi. Kiwnął jedynie głową i przyłożywszy rant literatki do ust, jednym niemal haustem wypił pół swojej porcji. Odstawił szkło na blat stołu i spytał:
— Mogę sobie u pana zapalić?
— Naturalnie — odparłem. — Sam chętnie sobie zapalę — powiedziałem, po czym wstałem i poszedłem do salonu. Ze stołu sięgnąłem paczkę papierosów i zapalniczkę Zippo. Gdy wróciłem usiadłem na krześle i wyciągnąłem jednego papierosa. W palce prawej dłoni chwyciłem ‘amerykański’ przedmiot, który składał się z, dwóch, że tak powiem oddzielnych części. Dolna – większa – wypełniona była benzyną, a w niej znajdował się mniejszy taki jak gdyby koszyczek, w którym producent umieścił knot, dzięki któremu palił się płomień. Żeby go uzyskać należało pokręcić kółkiem umieszczonym z boku, które trąc o specjalny kamień podawało iskrę, górna natomiast była mniejsza i pusta w środku, dzięki czemu zamykając ją, koszyczek z ogniem chował się w niej i płomień przestawał się palić. Całą zapalniczkę można było obsłużyć jednym palcem – kciukiem, co też uczyniłem. Przytknąłem ogień do czubka papierosa, zaciągnąłem przez filtr odrobinę powietrza i widząc, że tytoń się zapalił zamknąłem ją.
— Chce pan? — Spytałem swego gościa.
— Nie — odparł — moją fajkę odpalam wyłącznie zapałkami. — Nie wiem dlaczego, ale fajeczkę miał bardzo ‘skromną’, o długości mniej więcej dziesięciu centymetrów z czarnym ustnikiem, który sięgał mniej więcej do połowy cybuchu.
— Ładna fajka — powiedziałem — wygląda na jakąś ekskluzywną.
— Bo taka jest — odpowiedział, po czym ‘za buchał’ dwa razy. W pomieszczeniu momentalnie dało się wyczuć wiśniowy zapach fajkowego tytoniu. — Ta fajka jest wykonana z korzeniu wrzośca, który charakteryzuje się niespotykanymi wcześniej walorami. Fajki zrobione z tego materiału, oczywiście po właściwym opaleniu, już na zawsze zachowują subtelny aromat pierwszego palonego tytoniu. — Tu na chwilę przerwał, aby w spokoju puścić kolejnego bucha i począł dalej snuć swą opowieść. — Korzeń wrzośca zawiera dużo odpornych na wysoką temperaturę związków krzemu i dlatego mają one długą żywotność. Tylko fajki z czarnego dębu cechuje większa odporności na przepalenie, ale jednocześnie są one dużo droższe. Ponad to wrzosiec jest jednocześnie gorszym przewodnikiem ciepła niż na przykład ceramika, stąd rozgrzana główka fajki nie parzy mi dłoni. Niewątpliwą zaletą wrzośca jest poniekąd dobra absorpcja wilgoci oraz odporność mechaniczna, no i oczywiście przepiękny rysunek struktury drewna — w tym momencie tak chwycił swoją fajkę, bym mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Muszę przyznać, iż faktycznie poskręcane słoje, które widniały na cybuchu oraz główce mogły wywierać duże wrażenie. — Fajki wrzoścowe zaopatruje się najczęściej w ustniki z czarnego tworzywa sztucznego, a niekiedy z rogu lub jantaru. Mnie niestety nie było stać na nie i dlatego musiałem kupić z plastykiem.
— Kto je produkuje? — Spytałem, gdyż prawdę mówiąc zainteresowała mnie opowieść tego starszego pana z siwym wąsem.
— Pierwsza manufaktura wykorzystująca wrzosiec (po francusku ‘la bruyère’, a angielsku ‘briar’) powstała w Saint-Claude w departamencie Jura w 1858 roku.
Wyroby sygnowane nazwą tej miejscowości do dziś zaliczają się do najlepszych fajek świata. Wytwórnie fajek z wrzośca powstały wkrótce w prawie całej Europie, a dziś są na całym świecie. Do czołowych pod względem, jakości, producentów bruyerek należą dziś Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Włochy, Francja, USA, Kanada, Słowacja i Irlandia. W Polsce fajki wrzoścowe zaczęła produkować w niewielkich ilościach firma Wincentego Swobody z Przemyśla.      
— Cenna rzecz — rzekłem i spojrzałem na swoją zapalniczkę. — Pochwalę się, zatem moim atrybutem. — Powiedziałem biorąc do ręki złoty przedmiot, na którym widniał wygrawerowany napis ‘Z okazji osiemnastych urodzin’. — Dostałem ją od mojej babci z okazji wejścia, że tak powiem w świat dorosłych.
— Dziwny prezent, jak na osiemnastkę.
— Moja babcia zawsze bywała ekscentryczna. Nie przypominała takiej zwyczajnej starszej kobiety, co całymi dniami dzierga swetry na drutach. Ona potrafiła korzystać z życia, choć to było wypadkową jej pochodzenia.
— Nie za bardzo pana rozumiem — odparł lekko zdziwiony sąsiad.
— Pochodziła z rodu, który swymi korzeniami wywodził się z polskiej szlachty i nie mam tu na myśli tej zaściankowej. Mieszkała na ulicy Bogusławskiego w starej, przedwojennej kamienicy. Miała swoją służbę, nawet w czasach komunistycznych. Nigdy nie musiała pracować, zawsze jak u niej bywałem przyjmowała mnie w staromodnych sukniach dworskich. Na dłoniach nosiła białe rękawiczki, a papierosy paliła w takich bardzo długich lufkach. Niezależnie od pogody na dwór wychodziła wyłącznie w parasolce, co w obecnych czasach wyglądało niekiedy nader dziwacznie, lecz to zdawało się jej nie w ogóle przeszkadzać.
— Innymi słowy dama pełną gębą?
— Ha, ha, ha — zaśmiałem się i zapaliłem kolejnego papierosa. — Tak, można było ją tak nazwać. Niekiedy drażniła mnie ta jej przesadna wyniosłość to, w jaki sposób odnosiła się do zwykłych ludzi, którzy mieli mniej szczęścia niż ona i nie urodzili się w szlacheckiej rodzinie. — Po tych słowach chwyciłem w dłoń literatkę i duszkiem wypiłem jej zawartość. Odstawiwszy opróżnione szkło z powrotem na blat, odsunąłem krzesło i powiedziałem — moment, wskoczę po następną butelkę. — Wróciłem po minucie. Usiadłem odkręciłem nakrętkę i nalałem nam po kolejnej lampce. — Wracając do niej, rzeczywiście żyła lekko, wyniośle i dumnie, niekiedy nawet zbyt dumnie.
— Z tego, co pan mówi wnioskuję, że nie ma jej już wśród żywych?
— Zmarła trzy lata temu.
— Ze starości czy…
— Na raka mózgu.
— To smutne.
— Chcieliśmy ją ratować, załatwić jej najwybitniejszych lekarzy, którzy mogliby wdrożyć najlepsze leczenie. Niestety wiązało się to z ogromnymi kosztami.
— Nie było jej stać?
— Nie. Koszty operacji neurochirurgicznej, nowoczesnej chemii i lub radioterapii przerastały nawet jej możliwości. Wówczas mój ojciec zaproponował, że jej pomoże. Sprzeda trochę ziemi, którą posiada i dorzuci się do wydatków związanych z leczeniem. Postawił jednak jeden warunek, babcia miała sprzedać swoje mieszkanie by zebrać pozostałą kwotę.
— Nie sprzedała?
— Przynajmniej na początku nie chciała o tym słyszeć. Stwierdziła, że duma jej nie pozwala. Dopiero, gdy śmierć zajrzała jej głęboko w oczy, a rak zaczął gwałtownie się rozwijać, zdecydowała się na ten ruch. Problem polegał jednak na tym, że nie jest łatwo sprzedać takie mieszkanie i w związku z tym wzięliśmy kredyt. Dla babci było jednak już za późno i w pół roku się przekręciła. Zostaliśmy z mieszkaniem, które jak się po czasie okazało wymagało gigantycznego remontu oraz niespłaconym kredytem. — Wyjaśniłem swojemu gościowi sytuację do końca i wypiłem nalany do literatki alkohol. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. — Przepraszam, pójdę zobaczyć, kogo diabli niosą. — Wstałem i bardzo chwiejnym krokiem poszedłem do drzwi. Otworzyłem je i wyjrzałem na zewnątrz. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nikogo tam nie było. Zamknąłem, więc je i wróciłem z powrotem. Zdziwił mnie fakt, że sąsiad mi się gdzieś zapodział, ale doszedłem do wniosku, iż zapewne poszedł skorzystać z ubikacji. Usiadłem wówczas na zajmowanym przez siebie krześle i postanowiłem, że z kolejną lampką koniaku zaczekam na niego. W głowie wypity alkohol szumiał mi coraz mocniej, ledwie mogłem utrzymać ją w pionie…
            To wszystko, co pamiętam. Obudził mnie mój telefon komórkowy, który zostawiłem w salonie. Wstałem i poszedłem po niego. Biorąc go do ręki zorientowałem się, że to Marek do mnie dzwoni.
— No halo, słucham — szepnąłem do słuchawki, czując znajome pulsowanie w głowie.
— Coś tak długo nie odbierał?
— A spałem. Wczoraj był u mnie sąsiad z naprzeciwka i trochę pochlaliśmy.
— Jaki sąsiad?! — Spytał mnie krzycząc. — Jarku, jaki sąsiad?!
— No ten z naprzeciwka, taki łysy z siwym wąsem.
— Przecież to jest niemożliwe.
— Dlaczego?

— Bo w tej klatce ty pierwszy kupiłeś mieszkanie, reszta jest jeszcze w remoncie lub dopiero, co zostanie wystawiona na sprzedaż. — W tym momencie telefon wypadł mi z dłoni...